Rayman 3 Hoodlum Havoc – wzór platformówki idealnej

Gry platformowe nigdy nie były specjalnie domeną komputerów, królowały one przede wszystkim na konsolach. Jedną z lepszych serii, jakie ukazały się jednak również na pecetach jest Rayman. Część druga, czyli „The Great Escape”, jest przez wiele osób uważana za jedną z najlepszych z serii, a także jedną z najlepszych platformówek w ogóle. Jednak według mnie to jej sequel może być uznany za przykład platformówki idealnej. Stworzona przez Ubisoft w roku 2003 trzecia część gry do dziś przynosi wiele frajdy i jest po dziś dzień niesamowicie grywalna.

Zbuntowany mroczny lum.

Głównym bohaterem gry jest Rayman – młodzik, którego głowa, ręce i nogi nie są w żaden sposób połączone z resztą ciała. Razem ze swoim niebieskim przyjacielem, Globoxem (który jest zresztą wielkim tchórzem), muszą uratować świat przed zbuntowanym mrocznym lumem o imieniu Andre chcącym zaburzyć spokój krainy naszych bohaterów i przejąć nad nią władzę. Wcześniej jednak konieczna będzie pomóc Globoxowi, który, że tak powiem, “nawiązał nieco zbyt bliski kontakt” z naszym antagonistą (bez skojarzeń, proszę), tym samym nieświadomie burząc plan zbuntowanego luma (jednak tylko na chwilę).

Murfy poprowadzi nas przez pierwsze etapy w grze.
Światy cechują się sporą różnorodnością.

W przeciwieństwie do części drugiej, w Hoodlum Havoc nie strzelamy kulkami energii, lecz własną pięścią. Możemy ją podkręcić, możemy „naładować” (czyli rozkręcić mocniej), tym samym zadając większe obrażenia. Bardzo pomocne okażą się być także puszki zostawiane przez mroklumy po ich zlikwidowaniu. Są to laserowe detergenty, które „zmieniają łachy w niczego sobie bojowy sprzęcik”. Jest ich łącznie pięć: zielona sprawia, że nasze pięści wirują, zaś tak uderzone platformy są „wkręcane” do ziemi (a przeciwnicy zmniejszeni), czerwona znakomicie zwiększa moc naszego uderzenia, sprawiając, że zadajemy większe obrażenia, a także umożliwia niszczenie blokad, niebieska wysyła szczypce, które po złapaniu przeciwnika rażą go prądem i pozwalają chwytać się powietrznych obręczy, pomarańczowa zmienia jedną z rąk w ręcznie sterowaną rakietę, zaś żółta daje nam hełm z helikopterkiem, który pozwala nam dotrzeć w normalnie niedostępne miejsca.

Ubrania niczym worki na ziemniaki.

Przeciwnicy, których przyjdzie nam spotkać, choć pozornie tacy sami, bardzo się różnią. Przez większość czasu będziemy walczyli z wieloma rodzajami mroklumów. Jedni strzelają z normalnej broni, inni z wersji, która rozbija pocisk na trzy, jeszcze inni miotają w nas wybuchającymi butelkami, zaś jeszcze inni są zakuci w potężny pancerz, który musimy podnieść, nim zadamy faktyczne obrażenia. Zdarzają się też mroklumy-czarownicy, którzy chronią swoich kolegów swojego rodzaju barierą. Nasi oponenci regularnie przemieszczają się z miejsca na miejsce, próbują nas okrążyć, zmuszając jednocześnie do ciągłego pozostania w ruchu. Ich ubiór jest dość prosty, by nie rzec wręcz, że prymitywny. Sama instrukcja do gry twierdzi, że stroje naszych przeciwników wyglądają jak worki na ziemniaki. Może coś w tym jest…

Na szczególną uwagę zasługują różni bossowie, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć. Mroklum, kontrolujący dwie ogromne stopy, za pomocą których chce nas zgnieść, doświadczony łowca chcący zrobić z Raymana swoje trofeum do powieszenia na ścianie, maszyna tworząca na bieżąco nowe mroklumy, czy w końcu zbuntowany knaaren – wyraźnie widać, że twórcy odrobili pracę domową. Walki nie są skomplikowane, jednak bardzo satysfakcjonujące i nierzadko w odpowiednim stopniu wymagające.

Mroklum kontrolujący dwie wielkie stopy. Bo tak.
Dawid i Goliat: Rayman Edition

Ogromne zróżnicowanie krain sprawia, że każdą z nich doskonale zapamiętamy i będziemy do nich wracać z wielką przyjemnością. Odwiedzimy urokliwie skąpaną w księżycowym świetle radę rusałek, przemierzymy zieleń lasu, mroczne bagna, piekielnie gorącą pustynię niebezpiecznych knaarenów, kontrastującą z nią zimową krainę, a nawet samą fabrykę mroklumów. Wybitnie ciekawe, choć momentami trudne, są etapy, podczas których przenosimy się do krain “przejściowych”. Jest to coś w rodzaju kolorowego świata-łącznika, który przemierzamy na desce energetycznej, jednocześnie przeskakując między platformami. To spore urozmaicenie rozgrywki, a jeśli dodać do tego fakt, że w tle przygrywa naprawdę dobry funkowy utwór, to dostaniemy kapitalny etap, który przyjdzie nam odwiedzić kilka razy. Wszystkie poziomy są bardzo starannie wykonane, kryją wiele sekretów i wręcz zachęcają do ponownego ich przejścia.

Warto jest też powiedzieć kilka słów o wielu dodatkowych atrakcjach, jakie możemy odblokować w grze za zdobyte punkty – są to różne minigry, czy też mini-filmiki z serii „Wanna Kick Rayman?”, w których mroklum na różne sposoby znęca się nad Raymanem (zawsze zmienionym w jakieś inne zwierzę). Wcześniej wspomniane minigry są bardzo wymagające, dużo bardziej niż sama gra, jednak niezwykle interesujące. Warto więc poświęcić trochę czasu, by je odblokować. Szkoda jednak, że za ukończenie ich nie mamy niczego poza satysfakcją.

Tęczowo mi.

Mimo tylu lat grafika nie zestarzała się aż tak bardzo. Gra wciąż wygląda świetnie, nawet, jeśli ktoś ma uczulenie na tekstury niskiej rozdzielczości i ostre kanty. Kolorowa, wesoła oprawa sprawia, że nawet najmroczniejsze miejsca i postacie, mimo świetnie zbudowanej atmosfery delikatnego strachu i niebezpieczeństwa, są przyjazne w odbiorze. Co prawda kilka lat temu ukazała się na konsolach wersja HD, jednak oryginał jest tak dobry, że nie potrzebuje żadnych remasterów.

Dźwiękowo również jest naprawdę dobrze. Za samą muzykę można tytułowi dać niemalże maksymalną ilość punktów – idealnie wpasowuje się w klimat danego poziomu, świetnie odpowiada temu, co obecnie dzieje się na ekranie monitora, a także często jest tak przyjemna dla ucha, że aż nie chcemy nic robić, byle tylko w spokoju słuchać jej dalej. Zwłaszcza w sytuacjach, kiedy występuje ona tylko w konkretnych okolicznościach, jak na przykład podczas wcześniej wspomnianego etapu na hoverboardzie.

Etapy na hoverboardzie są jednymi z najprzyjemniejszych w grze.

Pisząc o dźwięku, nie sposób nie wspomnieć o fenomenalnej lokalizacji polskiej wersji gry. Jest ona niesamowicie zabawna, nie tylko przez teksty, jakie wypowiadają bohaterowie, ale także i sposób, w jaki to robią. W dużej mierze jest to zasługa aktorów, którzy podkładali im głosy, jednak nie byłoby to możliwe bez kapitalnie napisanego tłumaczenia. Bartosz Wierzbięta, który tworzył polską wersję gry, nie tylko stanął na wysokości zadania, lecz jeszcze wyżej. Śmiało można powiedzieć, że dubbing w tym tytule jest równie dobry, jeśli nie lepszy, co w równie często wychwalanej grze „Larry 7: Miłość na fali”. Śmiem podejrzewać, że Bartek czerpał sporo z tamtego tytułu, gdyż niektóre teksty w Raymanie są… mocno dwuznaczne. A przypominam – to docelowo była gra dla młodszych odbiorców. Jedyny zarzut, jaki mogę mieć, to kilka wpadek, gdzie uchował się oryginalny język angielski (zarówno w mowie, jak i w piśmie). Nie jest ich zbyt wiele, jednak nieco psują one odbiór całości.

Nie samym hoverboardem człowiek (i Rayman) żyje.

Podsumowanie

Rayman 3 Hoodlum Havoc jest w moim mniemaniu jedną z najlepszych platformówek, które pojawiły się na komputerach, jak i jedną z najlepszych platformówek w ogóle. Wszystko jest tu na najwyższym poziomie – zróżnicowanie i rozplanowanie poziomów, bohaterowie, dźwięk (gdzie ponownie biję pokłony twórcy polskiej lokalizacji), grafika, przeciwnicy, główny bohater – wszystko. Wielka szkoda, że kilka kolejnych części odstawiło bohatera na boczny tor (tak, to o was mówię, kórliki…), jednak Rayman Legends i Origins przywróciły tej serii blask i chwałę, na jaką zdecydowanie zasługuje.