Journey, czyli podróż, która zbliża ludzi

Czy mieliście okazję przeżyć dzięki grze coś wyjątkowego, czego ponowna rozgrywka nie mogłaby powtórzyć? Czy kiedykolwiek jakaś gra poruszyła was dogłębnie, powodując prawdziwe uczucia inne niż radość, smutek czy podniecenie spowodowane adrenaliną? Doświadczyłem czegoś takiego, dzięki grze Journey. Niniejszy tekst nie będzie recenzją, na te już trochę za późno. Nie mam zamiaru zresztą pisać kolejnych zachwytów nad tą grą, bo paradoksalnie to nie gra sama z siebie była powodem największej przygody jaką kiedykolwiek miałem okazję przeżyć w wirtualnym świecie.

JourneyFanArt

Journey z chłodnego, kalkulacyjnego punktu widzenia to rozbudowany, ciekawy tytuł, otwarty na interpretacje, przez co niestety, przynajmniej dla mnie, nie wybił się jakoś szczególnie ponad inne gry, które można nazwać mianem artystycznych. Grając pierwszy raz zwyczajnie nie zwracałem uwagi na pewne elementy, które tworzą głębię tego magicznego świata wykreowanego przez thatgamecompany. Dopiero później dowiedziałem się, że to co brałem za jedynie element gameplay’u jest czymś więcej. Również historia prezentowana przez malowidła naścienne nie wydała mi się niczym odkrywczym, ale zapewne parę rzeczy mi z niej umknęło.

Dodatkowo podchodziłem do Journey nieco sceptycznie z powodu wcześniejszej produkcji thatgamecompany, tj. Flower. Flower był na pewno ciekawym doznaniem, ciekawostką, która spowodowała uśmiech i relaks, ale raczej nie zachwyt. To gra, którą określiłbym mianem Zen i na pewno działa świetnie na wyciszenie po ciężkim dniu, ale nie stałaby się dla mnie inspiracją do napisania wielostronicowych dzieł na jej temat. Oprócz tego, zanim przejdziemy do meritum sprawy, powinniście wiedzieć, że gameplay Journey w moich oczach nie wyróżniał się ponad inne platformówki, w które miałem przyjemność grać. Co więc było tym głównym czynnikiem, który spowodował wzruszenie i zachwyt przy napisach końcowych?

Moją przygodę rozpocząłem od poczucia lekkiego zagubienia. Moja postać sama pośród piasków bezkresnej, wydawałoby się, pustyni. Pierwsze wrażenia nawet niezłe – piasek ślicznie animowany, postać całkiem sympatyczna, pomimo designu, który wydawał mi się trochę za prosty i zbyt surowy. No i ten odległy punkt na horyzoncie, jedyny wskaźnik, do którego trzeba dążyć. Potem fajny myk ze ślizganiem się po piasku, który był ciekawą nowalijką, kilka podskoków, ślizg no i opanowanie sposobu minimalistycznej interakcji ze światem za pomocą dźwięków. Na razie wszystko było pomysłowe, ciekawe, ale dla mnie nie wyjątkowe. Do momentu aż nie pojawił się on. Mój drogi kolega, który udostępnił mi swoją konsolę i usilnie namawiał abym zagrał w Journey wspominał coś o tym, że to gra sieciowa. Miałem już za sobą wiele gier online, przez typowe MMORPG jak Ragnarok, Eve Online, Perfect World International, aż po MOBY jak League of Legends, Smite czy Heros of the Storm. Tutaj było jednak inaczej. Stojąc przed drugim podróżnikiem nie miałem możliwości napisania „cześć”, zrobienia jakiegoś gestu, niczego. Mogłem jedynie posługiwać się dźwiękiem wydawanym przez mojego ludka, dłuższym lub krótszym, których to dźwięków znaczenie mogło znaczyć cokolwiek. Ale paradoksalnie to wystarczyło.

journey_by_ailovc-d5muyvq

Razem z nim uczyliśmy się komunikacji i wzajemnego zrozumienia. Pojawiło się uczucie fascynacji drugą osobą i szybko wytworzyła się pomiędzy nami zaskakująca więź, którą do tej pory posądzałbym o występowanie tylko w prawdziwym świecie podczas interakcji w cztery oczy. Podczas wspólnego przemierzania magicznego świata Journey zdarzało mi się czuć niepokój, a nawet smutek kiedy on gdzieś się zagubił, kiedy traciłem go z oczu, a że nie ma w grze mapy bądź wskaźnika nie wiedziałem czy go odnajdę. Po niesamowitej sekwencji zjazdu w dół po piaskach, na „mecie” rozglądałem się z niepokojem i aż podskakiwałem na krześle z radości słysząc wesoły dźwięk tej drugiej postaci, jak gdyby wołający „tutaj jestem, nie martw się”. Nawzajem pomagaliśmy sobie i szybko zaczęliśmy się dobrze rozumieć: „pomóż mi tutaj się dostać, zobacz tutaj jest kolejny element, teraz cicho za mną”. Trzeba wam wiedzieć, że sekwencje w grze kiedy pojawiają się potwory były o tyle bardziej intensywne, kiedy przechodziłem je z nim. Nasze postaci powoli przesuwały się, przytulone do siebie.

Chowaliśmy się za przeszkodami, dając sobie sygnały kiedy iść, a kiedy się cofnąć. „Ja idę pierwszy, a ty zaraz za mną” – a to wszystko za pomocą prostego dźwięku. Dzięki dzieleniu przeżyć, które podsuwa gra, kolorowych sekwencji szybowania, scen akcji podczas zjazdów, chwil grozy przy unikaniu przeciwników, wszystko było potęgowane i odczuwałem radość, strach, żal, złość, zachwyt, a nawet pokorę o wiele bardziej intensywnie. Najbardziej natomiast, przeżywałem końcowe sceny. Po długiej i wyczerpującej podróży, już tak blisko celu, ja i on, wtuleni w siebie, dodający sobie otuchy krótkimi dźwiękami, podczas gdy nasze postaci były coraz bardziej wycieńczone. „Dasz radę, jeszcze tylko trochę, nie poddawaj się”.

Łzy były ostatnią rzeczą, której spodziewałem się gdy zasiadałem do Journey raptem 3 godziny wcześniej. Wzruszenie to za mało powiedziane, a radość to słowo nie oddające tego co poczułem chwilę potem podczas tego klimatycznego zakończenia. No i odrobinę żalu. Podróż zakończyła się, mojego kompana już nigdy nie spotkam, nigdy nie dowiem się kim był, skąd pochodził, jak naprawdę miał lub miała na imię. Ale przez 3 godziny, a powinniście wiedzieć, że całą grę udało mi się przejść wspólnie z tą samą osoba, co mogę ze spokojem stwierdzić ponieważ na koniec dostałem informację o przejściu całej gry z tym jednym użytkownikiem, czułem się bardzo bliski z moim Towarzyszem, bardziej niż z jakąkolwiek inną osoba którą poznałem online.

Doświadczyłem czegoś cudownego, prawdziwy wachlarz uczuć, od dziecięcej fascynacji poznania po uczucie tęsknoty, ciepła i radości z towarzystwa drugiej osoby, które występują raczej podczas bliskich przyjaźni. Ale tak właśnie było. On/ona był/była moim przyjacielem i jestem mu/jej wdzięczny za to co dał/a mi poprzez Journey.

journey___tomorrow_never_knows_by_tacosauceninja-d8qsee3

Wam wszystkim również życzę doświadczenia czegoś takiego, bo w dzisiejszych czasach, w tej wirtualnej przestrzeni pełnej wulgarnych nastolatków i graczy poniżających innych, słabszych od siebie, ciężko znaleźć odrobinę światła. Dlatego cieszę się, że przeżyłem Journey – grę, która ograniczając komunikację, powoduje powstanie języka kompletnie unikalnego i czystego. Dzięki Journey możemy sobie przypomnieć czym tak naprawdę jest bycie z drugą osobą i wspólne pokonywanie życiowych przeszkód. Journey w ten sposób staje się paralelą życia. Trzy godziny, po których ma się ochotę przytulić swojego przyjaciela i powiedzieć „dziękuję, że jesteś”.

___

Źródło obrazków użytych w artykule: [1] [2] [3]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *