Medal of Honor- klimat filmów o II WŚ przeniesiony do gry

Lata dziewięćdziesiąte były bardzo ciekawe w branży growej. Oto rynek rozwinął się w dość dużym stopniu, gry ewoluowały, stały się  bardziej rozbudowane, konsole i komputery również. Mimo wszystko historia pozostała domeną filmów, rozgrywka elektroniczna trzymała się raczej od niej z daleka. Wszystko zmieniło się dzięki DreamWorks Interactive, a ściślej – Stevenowi Spielbergowi, który postanowił zaryzykować i stworzyć grę, która byłaby równie klimatyczna i równie trzymająca w napięciu, co najlepsze produkcje filmowe tamtych czasów. I tak oto w 1999 roku narodziła się, nieco zapomniana po ostatnim nieudanym restarcie, legenda wśród FPS-ów – Medal of Honor.

Dzień dobry, poruczniku.

W grze wcielamy się w porucznika amerykańskich sił zbrojnych Jimmy’ego Pattersona, świeżego rekruta OSS (Office of Strategic Services), który wsławił się niesamowitym heroizmem na polu walki, co wzbudziło zainteresowanie jego nowych przełożonych. Naszym zadaniem podczas gry nie była walka na froncie, lecz raczej dywersja, działania za liniami wroga. Osłabialiśmy nazistów, by ułatwić zadanie reszcie wojsk alianckich.

Na naszej drodze spotkamy wielu niemieckich żołnierzy.
Przeciwnicy będą chować się za osłoną, jeśli to tylko możliwe.

Poza oczywistym celem, jakim było zmniejszenie populacji wojsk Państw Osi do nieco bardziej akceptowalnego poziomu (czytaj: znacznie bliższego zeru) musieliśmy także wykonać inne zadania postawione nam przez Biuro. Do tych należało m. in. wyeliminowanie wysoko postawionych oficerów Gestapo, sabotaż fabryki ciężkiej wody, zniszczenie prototypu nowej łodzi podwodnej, destrukcja od wewnątrz niebezpiecznego kompleksu wytwarzającego gaz musztardowy, a nawet pokrzyżowanie planów z rakietą V2. Niektóre z tych misji wymagają od nas działania pod przykrywką i dokładnego planowania naszych działań – napięcie przy tamtych misjach jest jeszcze większe, lecz satysfakcja z oszukania kolejnych żołnierzy – nie do opisania.

Agent za liniami wroga.

Jak na grę z końcówki lat 90-tych AI wrogów jest na naprawdę wysokim poziomie. Przeciwnicy zazwyczaj zachowują się bardzo rozważnie – widząc nas nie podejmują od razu walki, lecz zdecydowanie częściej starają ukryć się za osłoną i stamtąd prowadzić ostrzał, nierzadko wspomagając się granatami. Bywa, że próbują nas oflankować, wołają o pomoc kolegów, zaś widząc rzucony przez nas granat starają się go nam „oddać” (czy to odrzucając go w naszą stronę, czy to kopiąc), albo chociaż osłonić swoich kolegów (rzucając się na ów granat swoim własnym ciałem). Zdarza się też spotkać nazistów całkowicie zaskoczonych naszą obecnością, zupełnie zdezorientowanych, co dodatkowo zwiększa realizm. Szkoda jednak, że zdarzają się głupie błędy w postaci przeciwników kręcących się w kółko, bądź rzucających się na granat rzucony przez ich własnych kolegów. Szlachetne poświęcenie, ale… chyba nie do końca o to chodzi.

Niektóre misje będą wymagały od nas działania pod przykrywką.

 

Odprawa przed każdą misją sprytnie przeplata historyczne materiały z obrazkami z gry.

Tytułowi należy się również bardzo duża pochwała za ilość (i jakość) miejsc, jakie podczas naszych misji przychodzi nam zobaczyć. Ośnieżona Norwegia, skąpane w nocy niemieckie porty, klimatyczne francuskie katakumby, okupowane miasteczka – wszystko to buduje świetny klimat, niemalże taki sam, jaki wylewa się z filmów traktujących o największym konflikcie XX wieku. Gracze nie mogą narzekać na monotonność, zarówno przy celach do wykonania, jak i krajach, które zwiedzą.

Cały jeden akapit warto też przeznaczyć na muzykę, która została skomponowana przez Michaela Giacchino. Wzniosłe, klimatyczne utwory, grane przez profesjonalną orkiestrę budowały powagę sytuacji, pozwalały poczuć się jak w prawdziwym, wysokobudżetowym filmie fabularnym, podnosiły epickość sytuacji. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj utwór przygrywający w drugiej misji gry, który osobiście uważam za majstersztyk, przykład idealnej muzyki filmowej. Niestety, krzyki Niemców nie są, jak można byłoby się spodziewać, po niemiecku, lecz po… angielsku. To drobny minus, ale bardzo psuje klimat.

Jednoosobowa armia.

Arsenał, z jakiego przychodzi nam skorzystać w grze też jest bardzo rozbudowany. Wrogów eliminujemy przy użyciu takich broni jak np. M1 Garand, Thompson, MP40, BAR, SturmGewehr, KAR98k, drobniutki Colt 1911, pistoletem z tłumikiem, a nawet z pomocą bazooki. Okazuje się więc, że por. Patterson to nie pilot, a chodząca zbrojownia…

Walczyć przyjdzie nam na terenie Niemiec, Francji, Norwegii i wielu innych krajów.

Niestety, rozbudowanie gry, poza byciem jej błogosławieństwem, jest też dość dużym przekleństwem. Grafika nie jest najwyższych lotów, nawet jak na standardy tamtych czasów – tekstury, po przyjrzeniu się im, są bardzo rozciągnięte, dystans rysowania jest bardzo niewielki, sam tytuł też zaś wydaje się wyświetlać dość niewielką liczbę klatek na sekundę. Ten brak płynności potrafi często bardzo utrudnić grę. Wyraźnie widać, że produkcja starała się wycisnąć jak najwięcej z nieco już starego pierwszego Playstation.

Jak więc będzie, poruczniku Patterson?

Bez wątpienia pierwszy Medal of Honor jest po dziś dzień grą wartą uwagi. Gdyby nie on, prawdopodobnie nie powstałby genialny Allied Assault (i pamiętna misja z plaży Omaha, wyraźnie nawiązująca do Szeregowca Ryana), a przynajmniej nie tak szybko. Ale nawet pomijając to, pierwszy MoH to po prostu cholernie dobry tytuł, który, nawet mimo tego, iż minęło już prawie 20 lat od jego premiery, jest po dziś dzień niesamowicie grywalny, dający masę frajdy. Wszystkich, którzy nie mieli okazji poznać tej produkcji gorąco do tego zachęcam.